„Zimna wojna” – film o potężnej miłości. Dla wielu niezrozumiały

Nie wiem, skąd Paweł Pawlikowski tak dobrze wie, co siedzi w sercu i głowie kobiety, która kocha, bez wątpliwości i bezgranicznie. Musi to rozumieć, bo inaczej nie stworzyłby „Zimnej wojny” wartej nagrody w Cannes – jednego z najpiękniejszych i najsmutniejszych filmów o miłości. Zupełnie jak piosenka „Dwa serduszka, cztery oczy”, od której melodii jeszcze długo po wyjściu z kina nie można się uwolnić.

Alina Bosak

Usłyszałam takie zdanie, że „Zimna wojna” budzi mieszane uczucia. To akurat nie jest dziwne. Większość dzieł budzi mieszane uczucia. Chociaż niewątpliwe są takie, które szybują w kinowych statystykach, powodując erekcję u producentów. Na „Zimna wojnę” tłumy nie pójdą. A ci, co pójdą, niekoniecznie namówią znajomych, by zrobili to samo. Wnioskuję to z kilku odbytych rozmów i wzruszenia ramion jako komentarza do filmu. Rozczarowanie częściej rozpoznaję u mężczyzn i wiem, dlaczego. Siła miłości Zuli do Wiktora skutkuje czynami, których mocno racjonalne i praktyczne głowy nie są w stanie pojąć. Po drugie, Zula to kobieta, która pod miotłą siedzieć nie będzie, żaden z niej powój i kura domowa, ale byt osobny, odważny i piękny. Kochać ją można tylko na zabój, ale i trzeba dorosnąć do tej skali.

Nie jest wcale pewne, czy Zuli i Wiktorowi udałoby się żyć długo i szczęśliwie w normalnych warunkach. W filmie sprzysięga się przeciwko nim szara rzeczywistość socjalistycznej ojczyzny. Mali ludzie, ogrodnicy nowego reżimu, właśnie rozsiadają się wygodnie na stanowiskach i stają wyroczniami. Głupota nabiera rozpędu i w tej rzeczywistości Wiktor zaczyna się dusić. Inteligent, muzyk, esteta. Pomaga tworzyć folklorystyczny zespół, który będzie ojczyźnianą dumą, dba o wierność utworów ludowym oryginałom i nagle słyszy, że lud polski o Stalinie też chętnie śpiewa i taką „tradycyjną” pieśń też trzeba mieć w repertuarze.

Wiktor chce uciec od tego kłamstwa, tej propagandy. Za mur berliński. Tylko co z Zulą? Zula pochodzi z rodziny, którą dziś nazwalibyśmy patologiczną. Ojciec się do niej dobierał, „to nożem mu pokazała, jaka jest różnica między nią a matką”. Miała wyrok, słabe perspektywy, a teraz jest solistką w coraz popularniejszym zespole. Wiktor chce, by z nim uciekała. Ona nie chce. Bo, cóż bez znajomości języka i kompleksami zdziała na Zachodzie. On będzie grał na fortepianie. A ona? Ale on się upiera. Gdy są na występach w Berlinie, każe przyjść pod mur. Czeka na nią długo. Zula nie przychodzi. On ucieka. Ona zostaje. Pierwsza zdrada. Z jego strony. „Ja bym nigdy bez ciebie nie uciekła”.

Dla jednych ta zdrada będzie zrozumiała. Ale Pawlikowski wie, że nie dla kobiety, która chce być kochana bezgranicznie i bez wyjątku. Nawet gdyby to wymagało poświęcenia. Potem będą zdrady następne. Zula zechce, by jego też zabolało, by zrozumiał. Też zdradzi. Wiktor za późno zrozumie. Za późno pojmie, że nie może bez Zuli żyć szczęśliwie, co ostatecznie ich oboje doprowadzi do tragicznego końca.

I właśnie to wydaje się niektórym widzom „Zimnej wojny” nieracjonalne, nierealne, nieprawdziwe. Przekradanie się Wiktora z bezpiecznej Francji do Polski i narażenie się na lata więzienia? Dla kobiety? Bez sensu. Jakoś mógłby się pocieszyć w ramionach ładnej Francuzki albo i Polki na emigracji. Tak, to byłoby rozsądne. Ale, czy nie przeszywa was dreszcz i dziwna tęsknota na myśl, że można być kochanym na zabój? Na śmierć. Na zawsze.

Related posts

Leave a Comment

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.